PUBLIKACJA WSZYSTKICH
Kilka słów o nas
INGA MŁYŃCZAK
Choć Inga chodzi do szóstej klasy, czasami czuje się, jakby była na już w liceum (szczególnie jak uczy się algebry). Wydaje jej się, że mentalnie ma z 25 lat i jest bardziej odpowiedzialna od swoich rodziców. Kocha marzyć. Nienawidzi spełniać tych marzeń. Uwielbia pisać, bo może być kimś innym. Raz ucieka przed bandytami, a innym razem mieszka w starym domku w lesie. Robienie poetyckich opisów jest dla niej jak jedzenie lodów karmelowych na ciepłej werandzie. Jest mistrzynią w nie kończeniu opowiadań. Jest uzależniona od miętowych gum do żucia orbit i chipsów lay\’s o smaku fromage. Kiedy nie może spać o trzeciej w nocy, rozmyśla o różnych rzeczach, ale powoli kończą jej się pomysły, bo robi to od 5 roku życia. Ma też tendencję do rozgadywania się lub rozpisywania, więc jeżeli jesteś nieśmiałą osobą, będzie rozmawiać za was dwoje. Jest również aktorką – zarówno w teatrze, jak i na co dzień. Dlatego tak łatwo jej wejść w role bohaterów powieści. Jednak kreatywność ma też swoje złe strony. Czasami wyobraża sobie jak nie odłącza od kontaktu telefonu i dom staje w płomieniach, ale stara się z tym walczyć.
ANTEK DZIAMBA
Antek jest w klasie siódmej. Lubi pisać, rysować, czytać i robić filmy, które potem wrzuca na Youtube’a. Jego kanał nazywa się Brolmin, bo taki sobie wymyślił pseudonim (zachęca do zasubskrybowania). Uwielbia pisać zabawne historyjki. Inspiracją do jego tekstów są różne książki w tym stylu. Boi się, że wypadnie przez barierkę na wysokim budynku. Marzy o tym, żeby zostać aktorem. Najbardziej lubi pisać w salonie i często używa zdania “Bruch, ale głupota”(Bruch to jego własny neologizm).
ŁUCJA KRUSZEWSKA
Łucja chodzi do 7 klasy, a w jej życiu cały czas się coś dzieje. Musi trzy razy w tygodniu dojeżdżać do szkoły muzycznej, a już następnego dnia czekają ją zajęcia z kreatywnego pisania i śpiew. Łucja bardzo chciałaby połączyć swoje dwie pasje, pisząc piosenki, ale cały czas nie wie, jak zacząć. Najczęściej zapisuje swoje przemyślenia i wymyśla rozmaite historie. Inspiruje się doświadczeniami życiowymi. Dużo bardziej woli opowiadania od rozprawek. Ta dziewczyna uwielbia herbatę miętową oraz swoje zwierzęta.
ZUZIA STOLIŃSKA
Uczennica liceum. Lubi pisać, wymyślać historie i marzyć.
ROZDZIAŁ 1
Zagadki, tajemnice, ślady zbrodni i poszlaki
Zanim nas dopadną
INGA MŁYŃCZAK
Przyglądałam się pięknemu widokowi rozpościerającemu się pod mostem. Kolory nieba mieszały się jak pomarańczowe, żółte i błękitne farby akrylowe. Woda w kolorze indygo niespokojnie falowała na wietrze. Z trudem oderwałam oczy od pięknego widoku, ale kiedy to zrobiłam, zobaczyłam Williama, który z rozdziawionymi ustami i dłońmi przy twarzy gapił się na mężczyzn w dopiero co wykrochmalonych, szarych garniturach. Podbiegłam do niego i spytałam zaniepokojona:
Co się stało?
On spojrzał na mnie przenikliwie czarnymi oczami i niespodziewanie objął mnie w tali i, łapiąc przywiązany do mosta sznur, wyskoczył ze mną wprost do otchłani ciemnego morza. Trwało to tak krótko, że z moich ust wydobył się tylko cichy pisk. Kiedy myślałam, że zaraz fale rozdzielą nasz uścisk, poczułam, że stawiam nogi na drewnianej posadzce. Gdy niepewnie otworzyłam oczy, zobaczyłam, że stoimy z Williamem na małej łódce.
Ale o co cho… – nie dał mi dokończyć i zatrzymał moje słowa ruchem ręki.
Po chwili zrozumiałam, co się wydarzyło. Złoczyńcy w szarych garniturach pędzili za nami w luksusowej łódce.
Byliśmy bezpieczni. Póki co.
Zagubiony długopis…
ZUZIA STOLIŃSKA
Dzień 13 maja, przesłuchanie na ulicy Kozłowskiej.
Oskarżony: pan Plecak
Przesłuchujący: sierżant Skarpeta
Dzień dobry, czy wie pan czemu dzisiaj pana tutaj zaprosiliśmy? – zapytał podejrzanie miłym tonem sierżant Skarpeta, choć co prawda skarpetą wcale nie był.
Ja n-nie wiem, prosz pana, j-ja nie winien n-n-niczemu – jąkając się, odpowiedział plecak.
Proszę pana, proszę mnie tutaj w maliny nie wpuszczać – już groźniejszym tonem kontynuował sierżant – od dawna już szukamy winnego i wszystkie dowody wskazują na pana.
A-a-ale jak t-to?
Dobrze, niech pan wstaje, przeszukamy pana.
Czemu?!
Proszę odnotować, podejrzany o kradzież obiektów makroskopowych odmawia współpracy.
Ale j-ja nigdy nic ce-elowo!
Oskarżony, pełen strachu, podniósł energicznie kończyny, jakby w geście kapitulacji, ale to właśnie wtedy upadł głucho na ziemię jakiś obiekt.
Tak? To proszę mi wytłumaczyć to! – mówiąc, podniósł z podłogi od dawna poszukiwany długopis w pieski!
Co by było gdyby?
ŁUCJA KRUSZEWSKA
Pewnego mglistego poranka stwierdziłam, że wybiorę się do pobliskiego lasu. Gdy dotarłam, przywitał mnie krajobraz, w którym dominowały wierzby oraz różne inne stare drzewa pokryte tajemniczą mgłą. Po postawieniu pierwszego kroku poczułam coś dziwnego, lecz to zignorowałam. Idąc w głąb lasu, natknęłam się na krzew dzikich malin i po chwili zastanowienia zjadłam jeden owoc. Od razu pojawiło się we mnie uczucie, które stopniowo stawało się coraz silniejsze, aż upadłam na ziemię nieprzytomna.
Obudził mnie odgłos kłótni, który dobiegał z polany obok. Zdziwiło mnie to, że ktoś o tej porze też postanowił wybrać się do lasu. Podeszłam bliżej i zobaczyłam dwie kobiety – jedna z włosami niczym węgiel o bladej cerze trzymająca pusty dzbanek i druga, która miała go wypełniony aż po brzegi. Była ona przeciwieństwem tej pierwszej, jej cera była bardziej rumiana, a jasne włosy związane w warkocz. Kłóciły się coraz bardziej i wtedy zauważyłam, że czarnowłosa dziewczyna wyciąga zza pleców nóż.
Uważaj! – krzyknęłam przerażona.
Dziewczyny dopiero wtedy odwróciły od siebie wzrok i mnie zauważyły.
Kim ty jesteś?! Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy!
Chciałaś jej coś zrobić, jak mogłam nie zareagować?
To tylko siostrzana sprzeczka, Balladyna nic złego by mi nie zrobiła – odpowiedziała jasnowłosa.
Balladyna wciąż za plecami trzymała nóż i przybliżała się do siostry. Jej wzrok był złowieszczy. Czułam, że jeżeli nie spróbuję rozwiązać konfliktu, może on się skończyć tragedią.
A gdybym cię Alino zabiła? Kirkor jest mój! To moja przyszłość, nie twoja – zagroziła Balladyna.
Wiedziałam, że nie ma, na co czekać i wyrwałam Balladynie nóż z ręki, krzycząc:
Alino, uciekaj!
Wtedy potknęłam się i upadłam obok krzewu, tracąc przytomność.
Gdy się obudziłam, nikogo już nie było, tylko obok mnie znalazłam zardzewiały nóż. Wstałam i czym prędzej wyszłam z tego przeklętego lasu. Do teraz nie wiem, kim były te dziewczyny. W każdym razie już nigdy tam nie wróciłam. Nauczyłam się tego, by zawsze reagować na spory i dążyć ku ich rozwiązaniu.
Drogocenne śledztwo
ZUZIA STOLIŃSKA
Wstałem rano obudzony dźwiękiem głośnych rozmów na dole.
Nie, pan detektyw jeszcze nie przyjmuje klientów, proszę o poczekanie – powiedziała z wyrozumiałością moja sekretarka.
Jestem najlepszym detektywem w okolicy, można to powiedzieć, patrząc już tylko na moją głowę, jest bowiem nieproporcjonalnie wielka z porównaniem do reszty ciała. Przez tę dysproporcję od dzieciństwa ciągle się potykam. Wiedząc, że mam sprawę, zwlokłem się do kuchni, by zrobić sobie śniadanie, bo bez tego ani rusz! Bul bul bul. Gotująca woda wyrwała mnie z zamyślenia. Wziąłem czajnik i zalałem kawę na drogę.
Dotarłem na miejsce przed 10.00. Dom, w którym miałem przeprowadzić śledztwo, znajdował się na uboczu miasta. Należał on do starszej pani, którą zresztą poznałem, wchodząc przez duże, ozdobne dębowe drzwi. W środku posiadłość wydawała się większa niż z zewnątrz.
Och jak dobrze, że już pan jest! – mówiła przejęta- wielka tragedia się stała, o wielka!
Opowiedziała całą historię, kiedy zaprowadzała mnie na miejsce zbrodni. Jak się okazało, wyjechała na miesiąc wakacji i zostawiła dom w opiece rodziny. Gdy wróciła, wszystko było tak, jak to zostawiła, z wyjątkiem jednej rzeczy – diamentowego czajnika! Należał on do rodziny od 100 lat i był jej największym skarbem.
I właśnie dlatego nie zapytałam się, czy chce pan kawy, co za tragedia…
Ukryty sejf był rzeczywiście pusty. Rozejrzałem się po garderobie i nie uszło mojej uwadze, że znajdujące się obok sejfu, ubrania na wieszakach były ułożone kolorystycznie… Zbliżyłem się by temu się przyjrzeć i wtedy KRACH, wpadłem w teraz już pomieszany stos ubrań.
Może panu pomóc? – zapytała nieśmiało, kiedy wiłem się w kolorowym stosie
Nie, już prawie sobie poradziłem – wystękałem pomiędzy próbami wyplątania się z materiałów.
Czułem, że ta sprawa nie będzie taka jak inne…
Tajemnica zaginionego mopa
INGA MŁYŃCZAK
W szkole jak zawsze panował ruch. Uczniowie siedzieli na korytarzach, gapiąc się w komórki i plotkując. Dzień jak co dzień. Prawda? Nie dla pani woźnej Basi. Niskiej, krągłej kobiety po pięćdziesiątce w starej, niebieskiej sukience z kiedyś białym fartuchem pełnym plam. Na już nie młodej, pomarszczonej twarzy pojawiał się każdemu dobrze znany grymas, gdy ktoś w brudnych butach pośpiesznie przeszedł przez właśnie wypolerowanej do perfekcji podłodze brudnym mopem, którego zawsze w ręce trzymała pani Basia. W jej piwnych oczach, które kryły się za wielkimi okularami na pozór zmęczonych życiem, można było dostrzec małą, świetlistą iskrę. Kiedy uczniowie siedzieli w ławkach, umierając z nudów, pani woźna rozwiązywała największe tajemnice szkoły.
Był cichy poranek. Słońce nieśmiało zaglądało przez okna, a poranna rosa odpoczywała na źdźbłach trawy przed szkołą. Lekcje się już zaczęły, więc na korytarzu słychać było tylko kapanie wody z kranu w damskiej toalecie. Gdy nagle coś przerwało ciszę.
– Gdzie jest mój mop!? – wrzasnęła pani Basia na całą szkołę, bo trzeba wiedzieć, że mop był dla niej najważniejszym przedmiotem na świecie, a każdy, kto go choćby dotknął, miał spory problem.
Po krótkim namyśle woźna wytypowała trzech podejrzanych:
“Numer jeden – Antek z 6b. Wczoraj dostał ochrzan za pisanie głupot na szafkach, które później ona musi zmywać. Chciał się odegrać, dlatego go schował.
Numer dwa – zastępcza pani woźna Marysia. Widziała, że lepiej sprzątam i zazdrościła mi mopa, bo ona dostała tylko starą szmatę. Była zła, gdy go jej nie pożyczyłam.
Numer trzy – pan hydraulik Gienio. Od dawna się do mnie zaleca, choć dostał już wiele razy mopem po głowie. Chciał go zabrać, żebym bawiła się z nim w kotka i myszkę”.
Pisała w niebieskim, zakurzonym notesie pani Basia.
– Muszę ich tutaj zwołać! – powiedziała do siebie dziarsko i poprawiła okulary, które zsunęły jej się na czubek nosa.
Na długiej przerwie zebrała żującego balonówkę Antka, pana hydraulika, któremu z twarzy nie schodził zawadiacki uśmieszek i naburmuszoną panią Marysię.
– Dziś o godzinie 7:03 zauważyłam, że z pokoju roboczego zniknął mój mop… – zaczęła przechadzając się wtem i z powrotem ze stukotem niskich obcasów.
– Wszyscy jesteście podejrzani o kradzież go, więc będę musiała was przesłuchać! – powiedziała dobitnie.
Antek przewrócił oczami, a pani Marysia się jeszcze bardziej naburmuszyła.
– Zacznijmy od ciebie młody człowieku. Co robiłeś wczoraj o 18:24?
– Grałem…? – mruknął i zamrugał kasztanowymi oczami.
– A o której wyszedłeś ze szkoły? -przepytywała dalej pani Basia.
– O 12… – odpowiedział znudzony.
– Kłamiesz! Lekcje kończyły się o 13:45.
– Poszedłem na wagary – powiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
“No dobrze… to będzie zgłoszone do dyrekcji, a Antka mogę wykluczyć!” Pomyślała pani Basia, mając nadzieję, że jak doniesie na ucznia jej pensję nieco się zwiększy. Machnęła ręką na dzieciaka, dając mu znać, że może odejść, a on spojrzał na nią spode łba i pognał do kolegów. “Ale ta młodzież niewychowana! Za moich czasów to się jakiś szacunek do starszych miało!” Narzekała w myślach, kręcąc głową.
– Teraz ciebie przesłucham panie Gieniu… – powiedziała woźna i ściągnęła okulary, mrużąc oczy, żeby lepiej przyjrzeć się jego wielkim, niebieskim oczom i łysieniu na czubku głowy.
– Co robił pan wczoraj o godzinie 18:24?
– Jadłem kolację. SAMOTNIE – podkreślił.
W tej chwili pani Basia żałowała, że nie ma obok siebie starego mopa, którym mogłaby zdzielić głowę zalotnika.
– A o której wyszedł pan ze szkoły? – dalej przepytywała woźna, starając się nie zwracac uwagi na flirciarskie zaloty pana Gienia.
– Och, chyba o 16:30. W męskiej toalecie zapchała się ubikacja i trzeba było ją odetkać – wyznał z sobie właściwą pewnością w głosie i postanowił spróbować raz jeszcze tego, co proponował niemalże każdego dnia:
– Co pani woźna robi dziś wieczorem? Może chciałaby do mnie wpaść na kolację? Odgrzeje pierogi z biedronki…
Pani Basia nie odpowiedziała. Może i pierogi brzmiały zachęcająco, ale wieczór z zalotnikiem już nie za bardzo.
“Skoro wyszedł wcześniej niż ona, to nie mógł ukryć mopa i nie ma klucza do szkoły, więc nie przyszedł wcześnie rano. To nie był on”. Główkowała pani Basia.
– Maryśka, co robiłaś wczoraj o 18: 24?
– Zostałam trochę dłużej w szkole, bo musiałam umyć zlewy w damskiej – zastępcza woźna z obrzydzeniem przypomniała sobie wczorajszy bieg zdarzeń.
– A o której wyszłaś ze szkoły?
– Emmm… chyba o 20:15 – szybko odpowiedziała.
“Ja wyszłam o 19:06! Mogła zwinąć mi mopa, którego zostawiłam w pokoju roboczym. Muszę jeszcze raz przyjrzeć się miejscu zbrodni!”
Jak pomyślała, tak zrobiła. Po chwili stała, ledwo mieszcząc się w framudze drzwi, a jej oczom ukazał się kosmyk siwo-brązowych włosów. Podniosła go z krótkim strzyknięciem już nie młodych kości i przyjrzała mu się.
“To na pewno nie były włosy Maryśki – ona ma rude i kręcone… oj, pokręciła się ta sprawa, byłam pewna, że to ona!” – myślała niezadowolona pani Basia.
Zastępcza woźna spojrzała na nią wzrokiem ”a nie mówiłam?” i odeszła w swoją stronę. Pani Basia już miała ją zatrzymać, gdy z nie wiadomo skąd napłynęła banda 1-klasistów, która zaczęła się plątać pod nogami pani Marysi. Próbowała złapać równowagę w czym nie pomagały jej wysokie szpilki i po chwili runęła na ziemię, a z głowy spadła jej ruda… peruka, a na świat wyszły oklapnięte włosy w kolorze siwo-brązowym!
“Wiedziałam! Wiedziałam, że to ona!”
Pani Basia triumfowała.
Zastępcza woźna musiała się przyznać i oddać mopa, którego ukryła i wszytko wróciło do idealnego porządku.
Pani Basia z mopem w dłoni, czyli pogromczyni tajemnic i kurzu, zazdrosna pani Marysia, zalotnik pan Gienio i zbuntowane dzieciaki! To był jej świat!
ROZDZIAŁ 2
Podróż do przeszłości
Inna epoka, ci sami ludzie
ZUZIA STOLIŃSKA
Rozejrzałam się wkoło, po brukowych ulicach przechadzały się panie ubrane w najróżniejsze kolory sukien, sięgające do ziemi tak, że gdy chodziły, nie było widać nawet ich kostek. Ich upięte wysoko włosy oraz jasne cery, na których nie było ani krzty podkładu, przysłaniał ozdobny kapelusz z dużym rondem. W ręku trzymały piękne parasolki z koronkami. Inne natomiast w biegu, z papierami w ręku, spiesząc się prawdopodobnie do pracy, były ubrane w bardziej stonowane suknie, praktyczniejszego fasonu i z tańszego materiału.
Był to duży rozstrzał pomiędzy ludźmi. Panowie w binoklach na nosie, rękawiczkach z koźlęcej skóry i wysokich kapeluszach przechodzili obok ludzi ledwo okrytych materiałem, sprzedających zapałki byleby mieć co zjeść.
Mimo że każdy z nich nich miał swoje przekonania, mądrości życiowe i wiele więcej, to byli przez społeczeństwo podzieleni na tych bardziej wartościowych, których opinii warto słuchać i tych bez znaczenia, na podstawie ilości brzęczących krążków w sakiewce.
Wydawałoby się, że to było tak dawno, że to już przeszłość, bo przecież nie ujrzymy już pań w długich sukniach z fikuśnymi dodatkami i nikt nie chodzi z binoklem na nosie. Tyle się zmieniło, kobiety mogą głosować i chodzić w spodniach, dorożki zastąpiły nowoczesne auta, postęp… a jednak gdzieś za tą fasadą nowoczesności dalej obok bogaczy, którzy nie wiedzą, co zrobić z pieniędzmi, znajdują się osoby, które nie mają co wrzucić do garnka, których nie słychać ani nie widać.
Czy więc naprawdę się tyle zmieniło?
Średniowieczna awantura
ANTEK DZIAMBA
Na wzgórzach stały okazałe, kamienne zamki. W nich siedzieli królowie i magnaci, którzy całymi dniami hulali i zabawiali się. Jednak w miastach i na wsi panowało ubóstwo. Budynki były przeważnie z drewna. Po ulicach płynęły ścieki, chłopi orali pola, jednak większość swoich plonów musieli oddać szlachcie i królowi. Na zamkach wspaniali rycerze walczyli w turniejach, piękne damy dopingowały walczących. Kolorowe pawie pióra na ich kapeluszach i hełmach migotały w słońcu. Chłopi zaś harowali ciężko na polach, żeby przeżyć.
Rycerz Żelazny Janusz wygrał turniej rycerski. Tłum go uwielbiał. Jednak przegrany Stalowy Władysław nie. On wiedział, że Janusz ma ukochaną księżniczkę Kalarepę. Postanowił ją porwać! Gdy Żelazny odbierał nagrody i pochwały, Stalowy zakradł się do komnaty księżniczki. Kalarepa przeglądała się w lustrze, gdy do pokoju wszedł Władysław. Księżniczka odwróciłą się i krzyknęła.
No no no, pani Kalarepa – powiedział.
Czego pan ode mnie chce?! – zapytała zdenerwowana Kalarepa.
Nic takiego, tylko cię porwać! – powiedział złowróżbnie Stalowy.
Chwycił ją w pasie i zakneblował. Księżniczka wyrywała się, jednak Stalowy nie bez powodu nazywał się Stalowym. Wyskoczył z nią przez okno prosto na czekającego już tam konia. Potem ruszył cwałem przez pola i lasy byle dalej od zamku. Gdy Janusz zauważył, że Kalarepa zniknęła, wpadł w szał. Był pewien, że to Władysław.
Kiedyś to było…
INGA MŁYŃCZAK
Spojrzałam na szare blokowisko. Słońce muskało ludzi po policzkach, a lekki wiatr wierzgał długimi włosami. Dzieci siedziały przed blokiem i pokazywały sobie coś z zainteresowaniem. Ludzie szli nieśpiesznie, zatrzymując się co jakiś czas, widząc znajomego sąsiada i mówili “Och Mariola, wpadłabyś do mnie na kawę dzisiaj!” albo “Idę dzisiaj na ryby ze Stachem, może się dołączysz?”. Zdziwiła mnie ta otwartość. W dzisiejszych czasach pisze się na Messengerze o spotkanie, choć i tak nigdy nie udaje się w końcu zobaczyć. Kobiety miały mocno natapirowane włosy i rumiane policzki. Zdecydowałam podejść bliżej do rówieśników, żeby zobaczyć, czym są tak podekscytowani. Jeden z chłopaków trzymał w dłoniach kasetę. Jednak nie była to zwykła kaseta, to była kaseta Michaela Jacksona. Każdy chciał choćby jej dotknąć, a dziewczyny przypatrywały się twarzy idola.
Skąd ją masz?! – zapytał rudy chłopak po lewej. W jego głosie czuć było ekscytacje.
Tata mi przywiózł – pochwalił się blondynek z ulizanymi włosami, który trzymał kasetę. Widać było, że jest z bardziej zamożnej rodziny. Czyste buty, wystylizowana fryzura i modne ubrania.
Michael Jackson jest głupi! – krzyknął brunet, który stał nad grupką dzieciaków. Miał potargane włosy, które kręciły się jak bazgroły na ostatniej stronie zeszytu. Ubrania, które nosił, wyglądały jak po starszym bracie.
Sam jesteś głupi! – warknęła dziewczyna najbliżej brzegu w kasztanowych warkoczykach i żółtej chustce na głowie.
Jeju… te czasy są zupełnie inne niż moje!
ROZDZIAŁ 3
A gdyby przedmioty mogły mówić? Dzieci i rzeczy głos mają
Rysikowa rewolucja
ZUZIA STOLIŃSKA
Drodzy Obywatele! Ołówki i kredki! Namawiam Was do zakończenia tej niedoli. Czemu jesteście w tym piórniku, czekając tylko na zagładę? Na śmierć przez zaostrzenie! Ilu już naszych braci i sióstr straciliśmy w ten sposób, ja się pytam! Nie bądźcie jak te bezczynne gumki. Czy tak musi być? Ruszcie końcówką rysika. W grupie mamy moc, nie damy się opresji! Urządźmy cichy bunt, jak to zrobił nasz wielki poprzednik Boan Parte! Niech kolejno każdy z Was zroluje się z tego miejsca zbrodni i skryje się w najcichszych zakamarkach państwa Pokój. W ten sposób uciekniemy oprawcy!
Typowa rozmowa Korzeni z Nocą
ANTEK DZIAMBA
Zapada noc. Korzenie dębu wzdychały melancholijnie, myśląc o tym, co chciałyby robić, a nie mogą. Księżyc wzeszedł już na niebo, gdy obok dębu pojawiła się Noc.
Dobry wieczór – powiedziała.
Dobry… – odrzekły korzenie. – Strasznie nam tu nudno.
Ale przynajmniej macie z kim pogadać – powiedziała noc, mając na myśli siebie.
Ano. Pogadać można, ale ileż można. Od pięćdziesięciu lat siedzimy w ziemi i podtrzymujemy dąb przy życiu. I co noc z tobą gadamy. To nudne – narzekały korzenie.
No to zróbcie coś innego – namawiała noc.
Nie możemy. Musimy mu pomagać – powiedziały korzenie, wskazując na majestatyczne drzewo nad sobą.
Aha… Smutne – wyszeptała noc.
A mamy takie ambicje. Moglibyśmy występować w cyrku – westchnęły korzenie.
Dobranoc – wyszeptała noc.
Dobranoc – powiedziały smutno korzenie, marząc o cyrkowych występach.
Gdybym była rośliną…
ŁUCJA KRUSZEWSKA
Gdybym była rośliną, byłabym niewielkim kasztanem, który niby rośnie w towarzystwie innych gatunków drzew, ale zawsze gdzieś pędzi. Potrzebuję do życia nieustannego ruchu, mimo że jestem głęboko zakorzeniona w ziemi swoich przekonań. Ktoś mówi wiosna? Hej, ja już jestem cała w zieleni. To już wrzesień? To dalej! Już jestem kolorowa, a zaraz spadną ze mnie wszystkie liście. Bardzo lubię wyróżniać się spośród innych, ponieważ gdy oni jeszcze żyją latem, ja promienieję kolorami. To, co sprawia, że rosnę, to odpowiedni sąsiedzi, którzy nie przytłumiają mnie ani nie oceniają przez moją nieustanną potrzebę wzrostu szybciej i szybciej. Dlatego z tym towarzystwem bywa różnie. Boję się, że mój ciągły pęd nie przyniesie mi nic dobrego na przyszłość – może powinnam zwolnić i zastanowić się, po co to robię.
Moja egzystencja to dużo pytań – co będzie i jak to będzie.
ROZDZIAŁ 4
Świąteczny czas, magiczny czas
Gwiazdkowe zawirowanie
ZUZIA STOLIŃSKA
Zamęt, jaki panuje na biegunie przed odlotem Mikołaja, jest nie do opisania. Ostatnie prezenty są pakowane do worka, elfy dosypują zapasy magicznego pyłu do wozu i w tym wszystkim zapominają dać reniferom marchewki za grzeczne stanie, a coś o tym wiem, bo jestem jednym z nich. Kiedy już wszystko jest gotowe, Mikołaj wsiada na sanie i ładnie nas prosi byśmy polecieli. Właśnie tak rozpoczyna się nasza podróż, co roku taka sama.
Ostatnie promienie zachodzącego słońca muskały nasze pyszczki. Kometek z Grymaskiem kłócili się, który z nich powinien być naczelnym reniferem, średnio mnie to obchodziło, o wiele bardziej interesowało mnie miasteczko, nad którym zaraz mieliśmy przelecieć. Kolorowe domki zbudowane były wokół zakręconej ścieżki, a z daleka niektóre z nich – zwłaszcza te pomarańczowe – wyglądały jak marchewki! Ooo, jakbym zjadł marchewkę. Poczułem lekkie pociągnięcie, co oznaczało, że zlatujemy w dół. Stanęliśmy na jednym z domów, przez co teraz widziałem wszystko o wiele dokładniej. Każdą latarnię oplątywał łańcuch złotych jak miód lampek, a co kilka zakrętów znajdował się jakiś bałwan z irracjonalnym nakryciem głowy. Gdy się temu wszystkiemu przyglądałem, gotowy do wymyślenia kolejnego porównania do marchewek, usłyszałem dziwny, znajomy gwizd.
Odwróciłem głowę w tamtą stronę i… O NIE! W worku, który niósł Mikołaj coś się ruszało!
Ho ho, dobra robota moje kochane renifery – powiedział – poczekajcie na mnie, zaraz wrócę.
Mikołaju – próbowałem powiedzieć, ale mi przerwał.
Żadnych mi kłótni tutaj ma nie być, nie chcecie przecież zniszczyć ducha świąt – wypowiedziawszy to zmierzył ku kominowi.
Nie słuchał mnie i musiałem coś zrobić. Zanim jakiś z moich przyjaciół, lub mój reniferowy rozsądek mnie powstrzymał, pobiegłem za Mikołajem.
Poczułem dziwny ciężar, ale nie zważałem na to. Biegłem dalej. Po chwili znalazłem się obok niego. Wskakiwał do komina i … TRACH
Aaa! – krzyknąłem, bo tak się stało, że wpadłem za nim.
Jak się zaraz okazało nie tylko ja wpadłem. Na środku salonu, tuż obok choinki znalazły się teraz kolorowe sanie wraz z zdezorientowanymi reniferami i starcem ubranym w czerwony płaszcz.
Coś ty zrobił! – mimo, że według zasad roznoszenia prezentów, w domach należy zachowywać się jak najciszej, Mikołaj krzyknął na mnie i w chwili jak to zrobił ściszył głos jakby właśnie mu się to przypomniało i kontynuował resztę szeptem – Co ty sobie myślałeś? Dlaczego to zrobiłeś, przecież teraz mogą nas nakryć i jak wtedy wytłumaczysz dzieciom, że cały zastęp reniferów wszedł przez komin razem z Mikołajem?!
Chciałem ci to wszystko powiedzieć, ale nie słuchałeś… z resztą po prostu otwórz worek
Jakby z użyciem magicznego pyłu, Mikołaj od razu otworzył skarbnice prezentów, z których jeden szarpał się od lewej do prawej.
A cóż?- wyjął starannie zapakowany w błyszczący zielony papier i złotą kokardę pakunek.
Jednym mocnym ruchem ręki, zerwał osłonę i wtem oczom wszystkich tu zgromadzonych ukazał się Lii, elf od pakowania prezentów.
Pewnie też jesteście ciekawi jak w ogóle on się tam znalazł, otóż powiedział nam, że założył się z kolegami, że da radę sam siebie zapakować i jak widać, udało mu się to. Tylko w całym tym zamieszaniu jego koledzy zapomnieli o nim i wpakowali go przez pomyłkę do worka! Po tym wszystkim Lii dostał naganę od Mikołaja i obiecał mu, że więcej się to nie powtórzy. W ramach kary miał sprzątać nasze boksy do końca grudnia. Ja natomiast dostałem order uważnego renifera i całą taczkę marchewek za uratowanie świąt!
Mała, lecz dużo znacząca
ANTEK DZIAMBA
Gwiazda mała migocząca,
W nocy oświetlająca
W ciągu dnia śpiąca,
Gwiezdny pył jedząca,
Po niebie lecąca,
Kosmos rozświetlająca,
Ziemię oświetlająca,
Mała, migocząca.
Ludzi obserwująca,
W nocy przyświecająca,
Mała, lecz dużo znacząca,
Bo ziemię oświetlająca!
Dzień z życia bombki
ANTEK DZIAMBA
Jestem sobie bombką. Co święta zawisam na choince. Jest bardzo wesoło. Widzę, jak dzieci tańczą wokół choinki. Obserwuję Mikołaja, który podkłada prezenty, ale czasem nie jest tak radośnie. W zeszłe święta kot Blupuś wskoczył na choinkę i ją przewrócił! Cudem przetrwałam, bo byłam zawieszona po drugiej stronie drzewka. Najgorzej jest, gdy trafię w ręce któregoś z dzieci, wtedy aż matowieję ze strachu! Któregoś razu widziałam, jak zbiły jedną z moich koleżanek! Okropność! Niestety całą wiosnę, lato i jesień jestem zamknięta wraz z innymi bombkami w pudle na strychu. AJ!!! DZIECKO!!! AAAAA!!! *Trzask*No i bombka się zbiła.
Świąteczny bohater
ŁUCJA KRUSZEWSKA
Tego zimowego poranka w moim domu rodzinnym od rana panowała nerwowa atmosfera. Babcia gotowała potrawy, mama sprzątała, a mnie tylko przeganiali z kąta w kąt. Nawet śpiewanie przeze mnie kolęd nie wprawiało ich w świąteczny klimat. Gdy w końcu kazano mi iść się zająć czymś w moim pokoju, nie wytrzymałam i wybiegłam zdenerwowana z domu. Chodziłam po parku z myślą, że już nie wrócę na wigilię, a wtedy zaczepił mnie pewien starzec.
Bardzo dobrze znam te uczucie. Myśli się wtedy, że do niczego się nie nadajesz i przestajesz wierzyć, że święta będą szczęśliwe – rzekł.
Podniosłam wzrok i zobaczyłam starszego pana ubranego w elegancki płaszcz i cylinder. Przy jego twarzy zawiewały siwe, średniej długości włosy. Pod jego haczykowatym nosem widniał troskliwy uśmiech.
Przepraszam, znamy się? Skąd pan wiedział? – odpowiedziałam zdezorientowana.
Jestem Scrooge. Ileż ja świąt spędziłem z takim nastawieniem, lecz dopiero nawiedzenie przez duchy uświadomiło mi, co przez te lata straciłem.
Jeszcze bardziej zdziwiona wsłuchiwałam się w jego opowieść, aż przebiegł po moich plecach dreszcz.
Na początku Duch Przeszłych Świąt pokazał mi moje pierwsze święta spędzone samotnie i to niestety jeszcze wtedy nie z mojej woli. Kolejny duch zabrał mnie do domu mojego siostrzeńca oraz Boba i pokazał, że mimo tego jaki wtedy byłem życzyli mi dobrze. Jednak najbardziej poruszyło mnie spotkanie z Duchem Przyszłych Świąt, który pokazał mi mój koniec. Nikt nie opłakiwał, a dłużnicy cieszyli się z mojej śmierci.
Czy coś to w panu zmieniło? Jak teraz pan spędza święta? – spytałam.
Od tamtego czasu nikt nie spędzał świąt bardziej hucznie ode mnie. Podniosłem Bobowi pensję, pomogłem jego synkowi, który zmagał się z chorobą oraz odnowiłem kontakt z moim siostrzeńcem Fredem.
To naprawdę wzruszająca historia, ale czy nie jest już za późno na powrót?
Pan Scrooge nic nie odpowiedział, tylko wziął mnie za rękę i zaczął iść w kierunku mojego domu, a ja nic nie wspominałam o tym, gdzie mieszkam. Przed drzwiami wiedziałam, że nie mogę go tak zostawić, więc zaprosiłam go na wigilijną kolację.
Od tamtego momentu Scrooge stał się moim autorytetem, a moja rodzina nauczyła się, że w święta najważniejsze są nie jedzenie czy porządek, a relacje pomiędzy nami.
ROZDZIAŁ 5
Opowieści, o których nie śniło się filozofom…
Kiedy nadchodzi czas krwawego księżyca
INGA MŁYŃCZAK
Była noc. W powietrzu było czuć zapach sosen i wilgotnego mchu. Gwiazdy nie mrugały jak zwykle swoim złotym blaskiem, jakby się czegoś bały. W atmosferze czuć było coś dziwnego. Zwierzęta nie szły na nocne polowania, a kwiaty zamykały kolorowe kielichy. Przez drzewa przebijało się czerwone światło. Światło krwawego księżyca.
Spójrz na księżyc Eldricu – wyszeptał przejęty Draven.
A cóż to! Stare księgi od dawna nas przestrzegały przed krwawym księżycem! Och, niech czarna magia nas nie krzywdzi! – wydusił z zaciśniętego gardła Eldric.
Obydwaj padli na kolana, mamrocząc magiczne zaklęcia.
Dravonie, otwórz księgę zaklęć na stronie trzysta trzydziestej trzeciej i przeczytaj fragment.
Mężczyzna posłusznie wyciągnął zza płaszcza starą, zdobioną kronikę i, biorąc głęboki oddech, otworzył ją na wybranej stronie.
“Kiedy księżyc zabłyśnie iskrzącym się, dyniowym odcieniem niech dusza wasza się strzeże, gdyż nadszedł magii czas. Duchy zaczną się pojawiać, a czarownice wyjdą ze swoich nor. To czas bólu i zmor”.- przeczytał drżącym głosem Dravon, a Edric poczuł jak ciarki przebiegają mu po plecach.
Karzeł Nochal i zły Czarownik
ANTEK DZIAMBA
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami żył sobie karzeł, który nazywał się Nochal. Miał dwóch braci, którzy zwali się: “Ziemurek” i “Paproszek”. Ziemurek był mądry i umiał pisać, Paproszek był sprytny, a Nochal nic nie umiał poza kichaniem. Któregoś razu Ziemurek wybrał się na wycieczkę do lasu. Nagle na miotle nadleciał zły czarodziej! Miał wielkie czarne brwi, nos podobny do buta i świdrujące spojrzenie. Porwał Ziemurka i zawiózł go w góry do swojej kryjówki. Przerażeni bracia poszli do znajomej wróżki, aby spytać, co mają teraz zrobić.
Waszego brata uratować może tylko najodważniejszy. Któryś z was musi pójść na górę czarodzieja i uwolnić waszego brata. Czarodziej może zamienić was w kamień, więc tylko najsprytniejszy tego dokona – powiedziała wróżka.
Więc w drogę wyruszył Paproszek. Podarował Nochalowi swój gwizdek i powiedział tak:
Jeśli gwizdek butwieje, będzie to oznaczało, że poległem lub zmieniłem się w kamień, wtedy ty wyrusz, aby mnie pomścić.
Minęło siedem dni i siedem nocy, a Nochal codziennie sprawdzał, czy gwizdek nie butwieje. Ale ósmego dnia karzeł zobaczył, że gwizdek jest cały spleśniały i zepsuty! Wyruszył czym prędzej w drogę. Po siedmiu dniach i siedmiu nocach dotarł wreszcie do podnóża góry czarodzieja. Zaczął się na nią wspinać. W końcu dotarł na szczyt. Znalazł tam malutki, złowrogo wyglądający zamek, z wieloma spiczastymi wieżami. Wszedł do niego i zaczął się rozglądać. Zobaczył klapę na środku dziedzińca, spod której wydobywały się smużki dymu. Uchylił ją i zajrzał pod spód. W piwnicy nad bulgoczącym kociołkiem stał czarodziej. Obok niego leżał związany Ziemurek i zamieniony w kamień Paproszek.
Hehe, zmienię tego Ziemniaczanego murka w słoik pełen wiedzy, dzięki mojemu magicznemu wywarowi. Tą wiedzę będę mógł jeść na śniadanie. Dzięki Ziem murkowi będę jeszcze mądrzejszy! – knuł pod nosem czarodziej.
Nochal przestraszył się, ale powoli, cichutko zszedł po schodkach na dół. Nagle poczuł kręcenie w nosie.
To pewnie przez ten cały kurz! – pomyślał Nochal.
Chciał powstrzymać się od kichnięcia, ale nie mógł! W końcu kichnął przeraźliwie głośno! Czarodziej tak się przestraszył, że aż podskoczył i wpadł do kociołka z wywarem. Zmienił się w słoik wiedzy. Jak czarodziej zniknął, jego czar prysł i Paproszek znowu był żywy, a nie kamienny. Potem wszyscy odlecieli na miotle i żyli długo i szczęśliwie. A czarodziej siedział w słoiku zmieniony w czystą wiedzę. Macie czasami dość nauki? Możliwe, że ta wiedza, którą przyswajacie to właśnie ten Czarownik!
Nie taki zły smok
ŁUCJA KRUSZEWSKA
Dawno, dawno temu, za górami za lasami, w ogromnym, starym zamczysku żył Smok. Był tam sam od bardzo dawna, ponieważ znany był niestety z niezbyt dobrych uczynków. Czasem nocą czasem w dzień najeżdżał na pobliską wioskę krasnali. Smok nie patrzył na nic ze swoją głęboko zakorzenioną nienawiścią niszczył wszystko, co się dało. Ale przez lata okrucieństwa był odcięty od tego, że to wszystko przez wielką samotność. Nasz Smok od wieków nie miał sojuszników, a co dopiero przyjaciela, więc nie mógł patrzeć na małe krasnoludki, które razem siały kwiaty w ogródkach, podśpiewując sobie razem wesołe melodie.
Pewnego zimnego wieczoru smok siedział w swym kamiennym tronie, wpatrując się w pokaźne żyrandole i zastanawiał się, czym on sobie zasłużył, by siedzieć tu w pomiędzy rzeźbionymi posągami jego przodków, którzy to wszystko zaczęli. Gdy nagle przerwał mu szelest oraz słowa:
Jam jest k-krasnal Konrad i przyszedłem cię p-powstrzymać.
Smok zdziwiony rozglądał się po komnacie, próbując zlokalizować cieniutki głosik.
Jak śmiesz tu wchodzić! Pokaż się a pożałujesz! – powiedział smok
Nagle przed nosem krasnal podleciał lekko wystraszony, ale pewny swego wprost przed oczy smoka na miotle i powiedział:
Możesz mnie zjeść, możesz dalej rujnować nasze wioski, ale mam do ciebie pytanie. Czy ty naprawdę w głębi serca chcesz od nowa i od nowa robić to samo w kółko? Co powoduje, że musisz rujnować każdemu życie? Boli cię, że od lat siedzisz tutaj całkiem sam, prawda?
Po policzku Smoka popłynęła wielka łza. Smok usłyszał pytanie, które zadawał sobie cichutko w głowie od dawna.
ROZDZIAŁ 6
Lektury szkolne ze szczyptą kreatywności
Pan Kleks szuka uczniów
ANTEK DZIAMBA
Pan Kleks był wysokim, ekscentrycznym mężczyzną w średnim wieku i miał dłuuugą brodę. Był nauczycielem w swojej akademii. O czwartej nad ranem, Pan Kleks budził swoich uczniów i zbierał ich sny. Potem przygotowywał dla nich śniadanie z kolorowych szkiełek, które pompował swoją słynną pompką do jedzenia żeby starczyło dla wszystkich. Potem uczyli się kleksografii i robili różne inne ciekawe rzeczy.Pewnego razu Pan Kleks zauważył, że z jego Akademii zniknęli wszyscy uczniowie. Chodził tu i tam, ale nigdzie nie znalazł swoich podopiecznych. Postanowił poszukać ich z powietrza. Wyjął swoje oko i przymocował do zdalnie sterowanego samolocika. Latał nim po mieście, ale po chłopcach nie było ani śladu. Zaniepokojony nauczyciel wyjął z szafy swoją garażową pompkę do pieniędzy. Wypompował kilka milionów i kupił sobie transporter międzywymiarowy. Latał tu i tam po innych wymiarach, szukając swoich uczniów, ale tam również nigdzie ich nie było. W 13 wymiarze chciał kupić coś do jedzenia.- Dzień dobry – powiedział Kleks.- Fim fopry – powiedział sprzedawca.- Chciałbym kupić coś do jedzenia – ciągnął dalej mężczyzna.Udało mu się kupić dużo sera, dżemu małpiego, bułek jutowych i gurjatu. Zrezygnowany Kleks wrócił z zakupionym jedzeniem do Akademii. Myślał, że już nigdy nie zobaczy swoich uczniów. Gdy wszedł do środka, wszyscy chłopcy siedzieli przy stole i czekali na obiad. Okazało się, że bawili się w chowanego w ogródku. Zmęczony Pan Kleks napompował pompką do żywności wszystko, co kupił po drodze, czyli dużo sera, dżemu małpiego, bułek jutowych i gurjatu- tak, żeby dla wszystkich starczyło. Potem poszedł spać, choć dzień jeszcze się nie skończył. Był wykończony.
Morał: może czasem warto poczekać.
Tęsknota, która lata
ŁUCJA KRUSZEWSKA
Pewnego gorącego dnia na wakacjach w Afryce razem z przewodnikiem i grupą innych turystów wybraliśmy się na pustynię. Już na miejscu wiatr miotający wszędzie piaskiem wsypywał mi go do oczu tak mocno, że już po chwili straciłam orientację. Gdy tylko złapałam równowagę, już nikogo nie widziałam z mojej grupy, tylko gdzieś w oddali zobaczyłam drobną postać.
Osoba ta zbliżała się i już po chwili dojrzałam jej wręcz złote włosy oraz zielonkawy ubiór. Był to mały, kulejący chłopiec, który miał widoczną opuchliznę na swojej nóżce.
Nic ci nie jest? Nie widziałam cię na tej wycieczce. Kim jesteś? – zapytałam zdziwiona.
Mam na imię Mały Książę, a ty… hm, nie jesteś pilotem. Widocznie odszedł, gdy zostałem ukąszony przez żmiję, bo ja bardzo chcę wrócić do mojej róży – rzekł zmartwionym głosem.
Róży? Jakiej Róży?
Mój piękny oswojony kwiat został samiuteńki na planecie tylko z czterema kolcami do obrony.
Przez emocje towarzyszące mu, gdy mi to opowiadał, stwierdziłam, że muszę mu pomóc. Okazało się, że musimy znaleźć miejsce, w którym Mały Książę spadł na planetę Ziemia.
Z jego opowieści wiem, że przyleciał tu, chwytając się klucza wędrownych gęsi.
Jak mamy znaleźć to miejsce skoro tu jest tylko piach? – zapytałam przejęta.
O ile dobrze pamiętam, było to to samo miejsce, w którym rozbił się samolot mojego pilota – opowiedział Mały Książę.
To wtedy, mimo różnych lęków, że się zgubimy albo, że zabraknie nam wody, wyruszyłam z nieznajomym chłopcem w podróż.
Błądziliśmy po pustyni wycieńczeni bez zapasów wody oraz jedzenia. Były momenty, że już przestawałam wierzyć w odnalezienie gęsi oraz w to, że w ogóle po tym wszystkim uda mi się wrócić do domu. Gdy już ledwo widziałam przez piasek w oczach, gdzieś na niebie dojrzałam zarys skrzydeł. Pamiętam jeszcze tylko, że krzyknąłem do Małego Księcia:
Szybko! Złap się jednej!
Kiedy otworzyłam oczy, zobaczyłam zaniepokojonego przewodnika oraz parę innych osób stojących nade mną.
Nawet po powrocie z wakacji dalej zastanawiałam się, czy ta niesamowita przygoda wydarzyła się naprawdę. Wiem tylko tyle, że podjęłam się odważnego czynu, po którym stałam się bardziej śmiała.
Anioł na polanie
INGA MŁYŃCZAK
Amber, zalewając się łzami, opadła na miękki mech, którym była wyłożona leśna droga.
Dlaczego płaczesz? – usłyszała cichy głos.
Kiedy podniosła ciężką głowę, zobaczyła niską blondynkę o wielkich, błękitnych jak niebo w wiosenny poranek oczach.
Czemu płaczesz? – powtórzyła, patrząc na nią gigantycznymi ślepiami.
Nieważne… – szybko odpowiedziała kobieta, ocierając łzy.
Ważne, bo jak ktoś płacze, to mi też zaczyna być smutno – wytłumaczyła dziewczynka i usiadła obok niej.
Nie zrozumiesz. To trudny świat dorosłych…
I w tym jest właśnie problem! Świat jest taki cudowny! Patrz na te piękne polne kwiaty i na to słońce! – sepleniąc, rozmarzyło się dziecko.
Amber spojrzała na kolorowe jak farby niebo. Wciągnęła nosem zapach polnych kwiatów i nasłuchiwała wieczornych treli ptaków. Po jej policzkach popłynęły gorące łzy. Nagle poczuła na swojej dłoni miękką rękę jej towarzyszki.
A ty nie musisz wracać do domu? – zapytała niespodziewanie, zdając sobie sprawę, że rozmawia z dzieckiem, które jest samo.
Nie mam domu…moi rodzice są już tam – powiedziała i pokazała na niebo.
Serce kobiety ścisnęło się na myśl, że tak mała istota nie ma swojego miejsca w świecie, a nadal jest taka radosna. Ona miała rodzinę i dom, ale nadal czuła pustkę, ciągle biegała za pieniędzmi i sławą, a ta mała dziewczynka, która nie ma nic, potrafi dostrzec piękno świata.
Wiatr wierzgał jej włosami. Kiedy otworzyła oczy, żeby zadać pytanie samotnej istocie na miejscu, gdzie siedziała jeszcze trzy minuty temu, została tylko jej biała opaska. Kobieta podniosła ją i przytuliła ją do serca. Wiedziała, że to, choć na pozór zwykłe spotkanie, zmieniło jej życie na zawsze.